W radzie nadzorczej Kompanii Węglowej zasiadają liderzy związkowi. Według „Gazety Wyborczej” nie powinni jednego dnia walczyć z władzami spółki, a następnego brać od nich pieniądze. Taki sposób myślenia zadziwił Jacka Żakowskiego. – To nie jest żaden fenomen, na tym polega demokratyczny kapitalizm, że pracownicy są jakoś włączani w kontrolowanie spółki – mówił w Poranku Radia TOK FM.
„Liderzy związków, którzy negocjowali plan ratowania Kompanii Węglowej, zasiadają w radzie nadzorczej należącej do niej spółki. Zarabiają tam ponad 30 tys. zł rocznie” – donosi „Gazeta Wyborcza”. – Nie można jednego dnia spierać się z zarządem Kompanii Węglowej o warunki pracy górników, następnego dnia brać od spółki pieniądze za pracę w radzie nadzorczej, a trzeciego negocjować z rządem plan ratunkowy – mówi gazecie Grzegorz Wójkowski ze stowarzyszenia Bona Fides zajmującego się przejrzystością życia publicznego.
W Europie to norma
– Ton tego tekstu mnie zadziwił – stwierdził w Poranku Radia TOK FM Jacek Żakowski. – Może nie byłoby źle, gdyby autorzy i redaktorzy wiedzieli, że obecność przedstawicieli pracowników, związków zawodowych w radach nadzorczych spółek jest normą w Europie – mówił publicysta.
– Tak po prostu jest. To nie jest żaden fenomen, na tym polega demokratyczny kapitalizm, że pracownicy są jakoś włączani w kontrolowanie spółki. Nie w zarządzanie, ale kontrolowanie – wyjaśniał prowadzący audycję.
„Robienie z tego afery jest dziwne”
– Nie trzeba wielkiego wysiłku, żeby zobaczyć, jaka jest tego skala – zaznaczył Żakowski. Zauważył, że w Daimlerze czy BMW przedstawiciele pracowników to nawet połowa składu rady nadzorczej.
– Robienie z tego afery jest dziwne. Czemu to służy? Budowie kapitalizmu jak w Rosji, Afganistanie, Czadzie. Krajach, które nie są w stanie pogodzić istnienia zrównoważonego społeczeństwa, efektywnej gospodarki i własności prywatnej – skwitował publicysta.