Polecamy relację z pierwszych dni pobytu naszych wolontariuszy w Gruzji.
Pomału wszystko się normuje, jak zawsze w nowym miejscu. Z czasem wiesz gdzie taniej zrobić zakupy, gdzie lepiej pójść na ulubione danie, czy gdzie stanąć żeby skutecznie złapać marszrutkę w pożądanym kierunku. Mimo wszystko życie w Gruzji różni się od sielankowych obrazków i opowieści snutych przez odwiedzających ten kraj turystów. I wcale nie dlatego, że nam się tu nie podoba. Przeciwnie, jest świetnie i parę takich obrazków zdążyliśmy już uchwycić. Jednak co innego 10-dniowy pobyt pełen intensywnych wrażeń, a co innego zwykła codzienność.
Mamy dwie lekcje gruzińskiego tygodniowo po godzinie. Zaczynamy coś łapać. Ewelinie jak zwykle język idzie lepiej. Trenujemy odczytywanie literek. Niektórzy nawet mówią, że alfabet wzorowali na winoroślach. Nie jest to taka prosta sprawa, a na dodatek mało efektywna. Nauczenie się alfabetu pomoże nam głównie w odczytywaniu napisów na pojazdach, bo co z tego, że przeczytam, jeśli ich słowa zupełnie z niczym się nie kojarzą? Wpływów leksykalnych z innych nam znanych języków jest naprawdę niewiele. Przykładowo mleko to „rdze”, woda „tsqali”, a piwo „ludi”. Ale nie poddajemy się!
Ewelina i Mateusz, wolontariusze EVS w Rustavi (Gruzja)


Po więcej zapraszamy na blog „Nie kisimy! …czyli subiektywnie o świata odkrywaniu”.